piątek, 19 sierpnia 2011

Sześć: ...są w życiu chwile, w których trzeba podjąć ryzyko i dać się ponieść szaleństwu.

"Ryzykuj wszystko, albo wracaj z niczym."



***


Dwa dni później



Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Razem z Yuffie omawiałyśmy plan wyprawy podczas przechadzek w ogrodzie.
- Jak go namówiłaś? - zapytałam, kiedy byłyśmy same.
- Oh, powiedziałam, że mogę zdobyć kilka istotnych części do jego helikoptera, by mógł go ulepszyć. Zgodził się bez zastrzeżeń - mruknęła. - Polecimy i wrócimy jeszcze tej samej nocy - dodała zachwycona swą pomysłowością.
- Ja myślę. Wiesz co może się stać kiedy Gen się dowie o tym? - szepnęłam.
- Wiem, wiem. O nic się nie martw. Z resztą, nie możesz pozwalać by ktoś dyktował ci co masz robić, gdzie chodzić i tak dalej - prychnęła nieco rozeźlona.
- On dba o moje bezpieczeństwo. Mimo, że jestem tu już dość sporo czasu, to i tak nie bardzo się orientuję, kto jest kim. Wczoraj o mały włos a wpadłabym na straż Shin-Ry na targu, a było to za sprawą Clouda, bo chciał dzieciakom mnie przedstawić - zaczęłam się bronić.
- Okej, nie oburzaj się tak. Wyjazd za dwa dni. Muszę jeszcze poszukać jednej części do silnika dla Cida i ... - rzekła robiąc przerwę. - LECIMY Nemesis!! - widziałam jak była podekscytowana. Mnie jednak ta wyprawa nieco martwiła i przerażała. „Nie wiadomo co może się tam stać, a jak co do czego dojdzie to jak sobie poradzę” - zastanawiałam się ale przerwało mi wołanie Aeris.
- Yuffie, Nemesis!! Wchodźcie do środka, robi się zimno - zawołała i weszła do domu. Podążyłyśmy jej śladem i po chwili rozsiadłyśmy się na kanapie, śmiejąc z żartu mojej towarzyszki.
Wieczór minął mi w miłej atmosferze, ale i tak byłam podekscytowana wyprawą. Kiedy byłam już sama w pokoju, zaczynałam ćwiczenia z materią i po trzy godzinnym treningu zaczęłam panować nad czerwoną i niebieską. Powoli z uporem maniaka starałam się opanować białą, lecz to mi jeszcze średnio wychodziło. Zmęczona, położyłam się spać około trzeciej w nocy. Zbudził mnie stłumiony łomot, jakby ktoś wspiął się na balkon lub włamał się do domu. Wstałam i wyszłam z pokoju. Idąc w ciemnym korytarzu, zajrzałam do sąsiedniego pomieszczenia. Ktoś rzeczywiście tam przeszukiwał szafki i gablotę. Szerzej otworzyłam drzwi i zapaliłam światło. Wtem ów osobnik zamarł w bezruchu i spojrzał na mnie.
- Cloud? Co ty tu robisz po ciemku? Co to za burdel? - zapytałam zdziwiona. On szybko podszedł do mnie i złapał za ramię mocniej ściskając pociągnął do środka i cicho zatrzasnął drzwi. Odwrócił się nagle w moją stronę i otaksował jakby mnie oceniał w jakimś celu.
- Co tu robię, to niech ciebie nie obchodzi. Kiedy się tu zjawię ponownie, przyjdę po ciebie. Ktoś chce się z tobą spotkać – odezwał się ponurym głosem. Nie wiedziałam o co mu chodzi. - I nie myśl że możesz się gdzieś ukryć. I tak cię znajdę i odprowadzę na miejsce – zaznaczył.
- Po co mi to mówisz Cloud? Czy coś się stało?
- Musisz być przygotowana na spotkanie – mruknął podchodząc do balkonu. Przytrzymał się poręczy i przełożył jedną nogę przez nią. - Wierz mi, ja nie rzucam słów na wiatr.
- Kto chce się ze mną widzieć? - spytałam, lecz nie uzyskałam odpowiedzi, bowiem jego już nie było. Zobaczyłam jeszcze jak odjeżdżał motorem gdzieś w stronę ósmego sektora. Potem opowiedziałam o wszystkim Aeris, lecz ona tylko wzruszyła ramionami.
- Cloud jest jakiś dziwny od jakiegoś czasu. Nie wiem co robi po nocach, ale kiedy się zjawia jest mrukliwy i taki nieobecny duchem – zmartwiła się. - Myślę, że powinnaś wrócić do Genesisa. Tam przynajmniej będziesz bezpieczna – dodała patrząc na mnie przepraszająco.
- Ale Cloud powiedział, że kiedy wróci to mnie zabierze. A to może nastąpić nie tak wcześnie – rzekłam, gdyż nie chciałam wracać do domu, chciałam jechać po materię.
- Neme, nie patrz tak na mnie, tu chodzi o ciebie. Nie wiadomo z kim Cloud się teraz zadaje, i bynajmniej nie jest to banda Kadaja. Sądzę, że Shin-Rą też nie kontaktuje się – dodała lekko zagniewana moją propozycją. - Nie myśl, że nie chcę cię mieć pod swym dachem, ale Genesis mnie rozszarpie jeśli tobie się coś stanie. Rozumiesz?
- Tak, ale... Aeris proszę, nie chcę już odjeżdżać z powodu Streife. Wiesz, z materią idzie mi coraz lepiej i mogę się bronić - prychnęłam.
- Nie oburzaj się tak. Wiesz już jaki potrafi być Genesis - rzekła. - Ale rozumiem cię, siedzenie tam w samotności lub wyczerpujące ćwiczenia, nie przypadły ci do gustu i brak rozmowy z innymi osobami też ci szkodzi - dodała. - Powiem Genesisowi, że jesteś tu bezpieczna. Z resztą cały czas przewijają się przez dom nasi najlepsi znajomi i przyjaciele - uśmiechnęła się promiennie. Sama też chciała z pewnością bym była jej gościem jak najdłużej. Mogłam ją lepiej poznać i ona mnie.


Dwa dni minęło mi bez żadnych emocjonujących przypadków, lecz też oczekiwanie na wyprawę nie było przyjemne. W końcu przygotowani do wylotu, Yuffie i Cid zjawili się wczesnym wieczorem u Aeris.
- Napijecie się czegoś? - zaproponowała zachodząc do kuchni. Ona zawsze jest uprzejma dla swych gości i częstuje tym co ma w domu. "Jest niezastąpiona, miła i pomocna" - pomyślałam, przypatrując się jej poczynaniom. "Ale we śnie widziałam jak giniesz" - dopowiedziałam myślami, przypominając sobie wczorajszy zły sen.
- Aeris, mamy tylko chwilę, a musimy jeszcze pogadać z kilkoma osobami - odparła Yuffie. - Neme, pójdziesz z nami? - zapytała mnie. Skinęłam głową na znak zgody a Aeris popatrzyła na nas podejrzliwie.
- Wiecie, że...
- Aeris, proszę, nie klaruj nam o tym co już wiemy. Nemesis nic się nie stanie - syknęła dziewczyna. - Jednak mam prośbę, nie mów o niczym Genesisowi - dodała patrząc wymownie. Brązowowłosa przytaknęła, przypominając sobie o pewnym małym problemie, dość krępującym, o którym też wiedziała Yuffie. 
- Dobrze, ale musicie ją chronić, gdziekolwiek jedziecie - zakrzyknęła w drzwiach, kiedy biegliśmy w stronę helikoptera. Będąc już w  środku, Yuffie wskazała mi fotel za pilotem a sama usiadła obok Cida. Odpalił silniki, które krztusząc się wystrzeliły czarną chmurę i zaczęliśmy się podnosić z ziemi. Wkrótce byliśmy w powietrzu. Start jak dla mnie nie był przyjemny. Miałam dziwne dywagacje żołądkowe, lecz wszystko doszło do normy kiedy obraliśmy kurs do Materia Cave. Jakiś czas później, okazało się, że nie ma gdzie wylądować. Musieliśmy długo szukać dogodnego miejsca na posadzenie maszyny. W końcu, gdzieś pośród mniejszych gór pojawiło się dość płaskie miejsce na wykonanie manewru. Ponownie dostałam lekkich mdłości i również szybko minęły, kiedy dotknęłam stopą ziemi. Skalisty teren i pełno piasku. Przypomniał mi się nasz dom, mój i brata, że aż się uśmiechnęłam na to wspomnienie. Otuliłam się szczelniej płaszczem, gdy powiał silniejszy i zimniejszy wiatr. Yuffie rozejrzała się po okolicy i zauważając wąskie przejście między górami poszła w tamtym kierunku. Ja podążyłam za nią a Cid został przy helikopterze.
- Nie idziesz z nami? - zapytałam, odwracając się przez ramię i prawie skręcając w lewo. 
- Yuffie mówiła, że poradzicie sobie same. Z resztą ktoś musi pilnować maszyny - wzruszył ramionami zapalając papierosa i zaciągając się dymem. Pokręciłam głową z dezaprobatą i pobiegłam w stronę mej towarzyszki. Szła dość szybko, lecz nadrobiłam odległość nas dzielącą w kilka minut.
- Hej, musimy zejść na dół i podążyć dalej klucząc między porozrzucanymi głazami. Proponuję zaznaczać drogę fluorescencyjnym sprayem, każdy głaz przy którym będziemy skręcać lub skalną ścianę. Wtedy się nie zgubimy, a w razie czego mam też kilkanaście rac świetlnych - rzekła ciągle uśmiechnięta i zadowolona z wyprawy.
- Wspaniale - odparłam idąc teraz obok niej. Poczułam się pewniej, kiedy znalazłyśmy się już na dole. Zejście nie zajęło nam długo, bowiem trwało pół godziny. "Ciekawe jak będzie z wejściem i czy nic nas nie zaatakuje" - zastanawiałam się.
- Coś się stało? - zapytała przyglądając mi się. - Spokojnie, nikt cię nie ruszy choćby najmniejszym paluszkiem - zapewniła poklepując mnie po ramieniu. Ruszyłyśmy dalej, przechodząc obok głazów, zwalisk i za każdym razem kiedy obierałyśmy jakąś ścieżkę znaczyłyśmy ją. Parę razy udało mi się przywołać kulki materii, a były to trzy niebieskie i dwie zielone. W pewnym momencie nadepnęłam na coś wystającego z ziemi i zasyczałam z bólu.
- Co jest? - Yuffie zaniepokojona podbiegła do mnie i podpierając się na jej ramieniu pomogła przysiąść na wyglądającej jak ława, skale. Obejrzała ranę i pokręciła niezadowolenie głową.
- Opatrzę ci stopę, ale dalej nie pójdziesz. Będziesz musiała tu na mnie poczekać. Postaram się uwinąć w mig z kulkami. Wiem gdzie ich szukać - rzekła robiąc opatrunek.
- Zgoda - nic innego nie mogłam powiedzieć. Stopa bolała niemiłosiernie i nie mogłam jej pomóc w dalszych poszukiwaniach. - Poczekam - dodałam krzywiąc się trochę.
- Okej, jakby coś, to masz tu kilka rac. Wystrzel w powietrze, to Cid zjawi się w mig - mruknęła, kładąc obok mnie pistolet z nabojami. Sama zaś pobiegła ścieżką w dół. Noc była bezchmurna i z miłą lubością zadarłam głowę do góry i oglądałam gwiazdy. 
- Jak ja to wytrzymam - szepnęłam do siebie. - Sama jak palec. Zimniej się robi a stopa zaczyna bardziej boleć. Ale nie będę tego typa wzywać. Nie spodobał mi się - mówiłam tak by choć na chwilę zapomnieć o tym fakcie, że jestem sama. Po jakimś czasie usłyszałam zsuwające się okruchy skalne. Zastygłam w bezruchu, myśląc, że uda mi się niezauważenie schować pod skałę, na której siedziałam. Ponownie słychać było spadające skałki i żwir. Kuląc się czekałam aż owy hałas ucichnie. I tak się stało, tylko że przede mną zobaczyłam czarne, z wysoką cholewką buty i dłoń wyciągniętą w moją stronę. Przestraszyłam się i dalej nie ruszałam. Dłoń także nie zmieniła pozycji. W końcu ośmieliłam się ją złapać i zostałam podniesiona do góry. Stałam na jednej nodze i patrzyłam nieznajomemu w twarz. Mężczyzna miał srebrne długie włosy, oczy koloru mako i pociągłą twarz. Ubrany w srebrny płaszcz z metalowymi naramiennikami przyglądał mi się z zaciekawieniem, nie odzywając się.
- Co tu robisz? - w końcu zapytał, a głos miał tak głęboki, że nawet przeszło mi przez myśl, że chyba gdzieś już go słyszałam, lecz szybko odrzuciłam te myśli.
- Czekam - odpowiedziałam zaczepnie, rana dawała o sobie znać, więc nie miałam najmniejszej ochoty by stać tak i gadać z obcym facetem. Ten się jedynie uśmiechnął i nadal wpatrywał. W końcu odsunął się na wyciągnięcie ramion i zmarszczył brwi, jakby coś sobie przypomniał.
- A jak masz na imię? - zapytał, samemu się nie przedstawiając.
- Powiem, ale jak ty pierwszy to zrobisz - odparłam, czując jak jego dłoń mocniej zaciska się na mojej. Już miał wykonać jakiś ruch, gdy niedaleko nas usłyszeliśmy wyraziste przekleństwa Yuffie. Mężczyzna oddalił się pospiesznie tam, skąd przybył, rzucając mi na odchodne przelotne spojrzenie.
- Jestem Sephiroth, i mam przeczucie że się spotkamy jeszcze nie raz - zakrzyknął, śmiejąc się zniknął mi z pola widzenia. Siadłam ciężko na skale i starałam się wypatrzeć dziewczynę. Pojawiła się w przeciwległej dróżce i idąc szybko w moją stronę coś cicho szeptała do siebie.
- Jestem już. Chodź, pomogę ci - rzekła. - Stopa jeszcze boli? Wytrzymaj, zaraz będziemy w helikopterze - dodała.


***
Och, jakże długo utrzymywałam pustki na blogu. Jej, przepraszam was, zaniedbałam go i kajam się teraz. Wybaczcie mi to. Miałam zbyt dużo innych spraw na głowie. Nota wyszła jak widać. Liczę na choćby jeden komentarz.

wtorek, 7 czerwca 2011

(Bez tytułu)

Chciałam tylko tak rzec, że rozdział piszę z przerwami. Jeszcze potrwa nim coś tu się pojawi. Przepraszam, że Was zawodzę na każdym stopniu. Nie zawieszam bloga, nie skasuję go, będę pisała o ile wena pozwoli i czas.
Tak piszę, byście wiedzieli, że blog trwa nadal i czasem się na nim pojawiam, by coś zmienić. Niedługo może też zmienię szablon i niektóre rzeczy.
Pozdrawiam Was, moi drodzy. Do zobaczenia wkrótce.

poniedziałek, 28 marca 2011

Pięć: "Bo czasami musisz stać się kimś innym. Musisz jednak pamiętać, kim byłeś. Kim chciałeś być. Kim jesteś."


Hm, pewnie niektórzy się ucieszą, widząc kolejny napisany już rozdział opowiadania. A ja się ucieszę z komentarzy. Sorki za tak długą przerwę. Zapewne chcielibyście usłyszeć wyjaśnienia: może być to, brak weny, czasu i nauka, ale i tak to za mało {pomyślicie} bo Wy też tak macie ale aż takich przerw u Was nie ma. Ja niestety miałam dość duże zawirowania {życiowe} i nie chcę o tym opowiadać. To tyle, jeśli chodzi o przedmowę do rozdziału. Proszę, czytujcie i krytykujcie. {Kiedyś wyeliminuję te powtórzenia} 


***

Następnego dnia obudziłam się w nieco lepszym humorze. Sprawa z tą dziwną materią ciągle nie chciała opuścić mych myśli. Jednak co mnie intrygowało najbardziej to, Jenova, Sephiroth i tajemnicza Shin-Ra. Postanowiłam zasięgnąć informacji u Genesisa. Co jak co, ale on musi mi co nieco wyjaśnić, sam obiecał to zrobić. Poleżałam jeszcze trochę i po przebraniu się, zeszłam na dół. W domu panowała cisza. "Hm, chyba nikogo nie ma" - pomyślałam, zaglądając do salonu. Usłyszałam hałas dobiegający z kuchni. Szybko tam weszłam i zgadnijcie kogo zastałam. Moją skarbnicę wiedzy, brata.
- Cześć, jak leci? - spytał z uśmiechem. - Jak się spało?
- Dobrze. A co, tobie było gorzej? - odpowiedziałam.
- Nie, tak się pytam - pociągnął spory łyk kawy.
- Nie za dużo jej pijesz? Tak jakoś blado wyglądasz - mruknęłam stawiając wodę w czajniku.
- Ach, nic mi nie będzie.
- Słuchaj, mówiłeś, że wyjaśnisz mi dlaczego jestem tu i wiele innych rzeczy dotyczących mojej przeszłości - zaczęłam.
- Hmm.
- To powiedz mi kim jest Jenova, Sephiroth i ta Shin-Ra - wypaliłam nie owijając w bawełnę.
- Eh, po co ci to teraz?
- Chcę wiedzieć. Wszyscy mi o nich gadacie, ale jakoś nikt do tej pory nie kwapił się z wyjaśnieniami. Myślicie, że ja wiem o co chodzi, kiedy mówicie o tym? - Oburzyłam się na niego.
- Nie denerwuj się tak.
- Tak? To masz mi powiedzieć coś o nich w tej chwili!! - warknęłam na dobre rozdrażniona. - Jak nie, to sobie pójdę stąd i mnie nie zobaczysz więcej.
- Dobra. To będzie długa historia, więc radzę ci teraz usiąść i nie przerywać mi - poddał się w końcu. - Było nas trzech, najlepszych w formacji Soldier. Ja, Angeal i Sephiroth. Tylko teraz nie spadnij z krzesła. Mamy skrzydła w wyniku eksperymentu genetycznego prowadzonego kiedyś w laboratorium Shin-Ra. Hm, Angeal miał dwa skrzydła wyrastające z barku a Sephiroth jedno. Jakiś czas potem wszystko się zawaliło. To było podczas jednej trudniejszej misji. Zostaliśmy zaatakowani i rozdzieliliśmy się. Walka była ciężka, ale wygraliśmy. W bazie dowiedziałem się, że Angeal nie wrócił. Udaliśmy się z Sephirothem poszukiwania. Nie znaleźliśmy go, tylko kilka piór.
- To pracujesz jeszcze dla Shin-Ra? - zapytałam.
- Nie. Od dawna nie mam z nimi nic wspólnego. Dowiedziałem się od kilku osób, co tak naprawdę robią. Shin-Ra stworzyła nas byśmy walczyli z ich wrogami. Zerwałem z nimi gdy chcieli ciebie wykorzystać do kontroli Jenovy. Musisz wiedzieć, że gdy nasza matka była z tobą w ciąży, pewien doktorek, wszczepił i tobie jej komórki. Robił to wiele razy.
- Jak to wiele razy? Mama się na to godziła? - zapytałam z niedowierzaniem. - A ty gdzie wtedy byłeś?
- Wmówił jej, że ciąża jest zagrożona i musi przyjmować lek, jeśli nie chce jej stracić – prychnął. - Gdzie byłem? Dobre pytanie. Wiesz, jesteś młodsza ode mnie tylko dwa lata. Wtedy jeszcze nic nie kapowałem. Kiedy byłem starszy, zacząłem ćwiczyć się na żołnierza. Dążyłem do tego by wstąpić do elitarnych oddziałów Soldier.
- A co się ze mną działo?
- Byłaś pod obserwacją. Chcieli mieć pewność, że nie będziesz pod wpływem Jenovy. I nie byłaś. Dorastałaś i się zmieniałaś. Nie pozwalali mi się z tobą często widywać, ale jednego dnia, kiedy mogliśmy pobyć sami, pokazałaś mi co potrafisz.
- Coś ci zrobiłam?
- Nie. Utworzyłaś wir w powietrzu i po chwili wystrzeliły z niego sople lodu we wszystkie strony. Myślałem, że we mnie trafią, lecz zatrzymałaś je metr ode mnie i po chwili nie było po nich śladu, tak jak po wirze. Zapamiętałem tę chwilę. Wiedziałem, że Shin-Ra nie może się dowiedzieć, w jakim stopniu kontrolujesz moc. Obmyśliłem plan, by cię gdzieś ukryć, lecz był on niedoskonały.
- Dlaczego? To jak się znalazłam w świecie, który uważałam za swój i znałam go, że tak powiem od podszewki? – dopytywałam się.
- Pomógł mi wtedy Sephiroth. To on wpadł na ten pomysł, by cię odesłać. Użyliśmy wtedy energii materii. Po tym wydarzeniu zaczęło się coś dziwnego z nim dziać. Z początku, myślałem, że to tylko przejawy zmęczenia, ale niestety to było coś innego. Zdarzyło się to w Nibelheim. Nie byłem przy tym, lecz Tifa mi opowiadała, że on wpadł w szał i zabił wszystkich jej mieszkańców. Potem podpalił wioskę i zniknął.
- A kim jest Jenova? W jaki sposób miałam ją kontrolować? - zadałam kolejne pytania.
- Jenova to istota co dawno temu przybyła na ziemię. Mówi się, że zniszczyła rasę Cetrów. Chciała też zniszczyć tę planetę jednak jej się to nie udało. Jeśli już masz jakikolwiek obraz swego wcześniejszego życia siostrzyczko, to mam taką propozycję byś zamieszkała u mnie. Zaczniemy z Cloudem i Vincentem ćwiczyć cię na zmianę i zobaczymy jak szybko zdołasz się uczyć - stwierdził Genesis. Oniemiałam tylko na chwilę, by potem móc wyściskać brata i cieszyć się, że w końcu zamieszkam z nim i poznam lepiej. - Cieszysz się? - zapytał gdy już go wypuściłam z objęć.
- Owszem. W końcu się doczekałam - parsknęłam śmiechem. On mi zawtórował i śmialiśmy się tak długo aż do momentu gdy do kuchni wszedł Vincent.
- Ooo, nie słyszałam kiedy wszedłeś do domu - mruknęłam a on się uśmiechnął.
- Coś mnie ominęło? - zapytał.
- Niewiele, opowiadałem Nemesis o starych latach i trochę nam zeszło. A i dziś jedziemy do mnie - odrzekł Genesis, spoglądając na mnie co chwila. Ja natomiast tryskałam radością i energią, chciałam już znaleźć się w domu mego brata i zwiedzić okolicę, gdzie mieszka. 
- Gen wiesz, nie mam tu zbyt wielu rzeczy do pakowania, pójdę tylko po moją torbę i możemy jechać - oświadczyłam ciągle się uśmiechając.
- Dobrze. Aeris już wie o twoich przenosinach. Myślę, że nie będzie jej przykro, że cię stąd zabieram.
- Nie. Wiem to na sto procent - potwierdziłam i pobiegłam na górę by spakować kilka rzeczy, z którymi tu przybyłam. Cały proceder nie zajął mi długo czasu, więc po jakichś kilkunastu minutach byłam gotowa i czekałam na nich w przedpokoju. Genesis jeszcze chwilę zamienił słówko z Vincentem i biorąc mnie pod rękę wyprowadził na tyły domu Aeris. Przeszliśmy przez ogród i furtkę. Przy ogrodzeniu stał duży motor. Genesis łypnął na mnie i na jego twarz wypełzł nieposkromiony uśmiech. Popatrzyłam na maszynę z lekkim przerażeniem. Nigdy nie lubiłam jazdy na motorach i tej prędkości. Swego czasu, kiedyś miałam nieprzyjemność jechać na motorze z jedym chłopakiem, jechał za szybko i w pewnym momencie stracił panowanie nad kierownicą i wpadliśmy w poślizg i wywróciliśmy się. Jemu niewiele się stało, ale za to ja miałam połamane dwa żebra, pękniętą kość piszczelową i lekki wstrząs mózgu, bo wpadając do rowu uderzyłam głową w jakiś pieniek a kask niewiele mnie wtedy ochronił. Teraz na tamto wspomnienie aż ciarki mnie przechodzą i czuję się nieswojo. 
- Coś się stało? - spytał widząc moje rosnące przerażenie widokiem maszyny. 
- Wiesz, mam niemiłe wspomnienia jazdy na czymś taki - mruknęłam. - Boję się jeździć czymś takim.
- Ej, siostrzyczko!! Ja prowadzę bezpiecznie. Nie ma obaw, że coś  przy mnie by ci się stało - chciał dodać mi otuchy. Kiedy już umiejscowiłam się za jego plecami, mocno objęłam w pasie, on ruszył z kopyta. Wiatr mimo kasku, smagał mnie po twarzy i po kilku minutach wyjechaliśmy poza miasto. Nie mogłam nawet zebrać myśli, tak świszczało mi w uszach. A Genesis wcale nie jechał wolniej, tylko co i raz przyspieszał, jakby go diabeł gonił. Po godzinie zwolnił skręcając między góry. Wszędzie tylko piasek i piętrzące się wysoko góry. Gdzieniegdzie zauważyłam jakieś usychające krzaczki lub cierniste krzewy. On cały czas milczał, czasem rozglądając się czy aby nikogo nie ma w pobliżu. Upewniony, że nic nas nie zaskoczy skręcił i ruszył całym pędem na wprost skały. Z wrażenia zamknęłam oczy, modląc się w duchu by  to był tylko żart. Że chce mnie trochę nastraszyć. Ścisnęłam go mocniej i o dziwo nic nam się nie stało. Genesis zatrzymał motor i zsiadł z niego, rozciągając się lekko. Popatrzył na mnie dziwnie i szarpnął za rękaw.
- Ej, co jest? Otwórz oczy. Jesteśmy już na miejscu - żachnął. Powoli uchyliłam powieki i rozejrzałam się naokoło siebie. Byliśmy w jakiejś jaskini zwieńczonej wąskim i wysokim tunelem. - Chodź, zobaczysz dom. To jest garaż, jakby co - mruknął rozbawiony moją reakcją. - Jak wiesz, muszę dbać o nasze bezpieczeństwo, więc wszystko jest dobrze ukryte w skale. Nie zauważalne i nie wykrywalne przez radary Shin-Ry. 
- Ale gdyby ktoś przejechał dłonią po zewnętrznej stronie ... - zauważyłam, lecz nie dokończyłam.
- To napotka tylko skałę. Moja magia jest dość potężna by móc wywrzeć wrażenie, na obcych i niepowołanych gości, że tu nic nie ma poza gór - odrzekł prowadząc w głąb korytarza. - A teraz - zrobił przerwę i teatralnym gestem zaprosił bym weszła za nim. - Witaj w domu - dodał z uśmiechem od ucha do ucha. Mym oczom ukazał się wielki plac otoczony niewielkimi drzewkami i rosnącymi wokół ich pni różnokolorowymi kwiatami. Na przeciw nas w ciemnej skale wykuty był dom. Parterowy o dziwnej bryle. 
- No, tak nowocześnie wygląda ale ... - stwierdziłam po dłuższej chwili milczenia i oglądania widoku. - Hm, nawet ładny bo ma dużo okien i daje przez to wrażenie przestrzeni.
- Nom. Nie będziemy tu tak stali. Idziemy. Jestem głodny - szepnął trzymając mnie za dłoń poprowadził żwirowaną dróżką dalej.
- Tylko postawmy sprawę jasno, nie będę robić za kucharkę. Będziesz musiał się udzielać w kuchni - prychnęłam patrząc z ukosa na niego. On pokiwał głową i weszliśmy do przestronnego holu, skąd schodami szło się na górę, do sypialni. Od lewej strony schodów był salon i biblioteka w jednym, z oknami wychodzącymi na taras, po prawej stronie były drzwi wahadłowe prowadzące do kuchni. Łazienki były na górze obok naszych sypialni. A na poddaszu mieściła się reszta książek z salonu. Wszystko obejrzałam i gdy był już wieczór, poszłam spać. Genesis jeszcze gdzieś wyszedł, lecz po pół godzinie wrócił.

Po dwóch tygodniach już wiedziałam co gdzie jest. Potem minęły jeszcze kolejne dwa i zaczęłam lepiej posługiwać się mieczem. Jeśli chodzi o rodzaj to, do gustu przypadła mi piękna katana o mlecznobiałej, rzeźbionej rękojeści i ostrzu czarnym niczym noc. Przy moich zamachnięciach wydaje piękny dźwięk, jakby grała tylko dla mnie. Genesis był zadowolony z tych postępów. W magii jednak nieco kuleję, choć same kulki materii lecą do mnie jak muchy do żarcia i tylko ja na tym cierpię bo mam coraz więcej siniaków. Kiedyś nawet jedna taka nabiła mi guza na czole, z czego Cloud się podśmiewał kiedy mnie widział.
- Cześć Nemesis - zawołał Vincent, pojawiając się nagle za moimi plecami, kiedy ćwiczyłam z blondynem. 
- Cześć, jak tam u Aeris? Wszystko w porządku - zapytałam. Dawno jej nie widziałam i nawet trochę tęskniłam za nią.
- Po staremu, nic się nie zmieniło, choć też o ciebie pyta, kiedy się u niej zjawiam. To co, idziemy postrzelać? Czy jeszcze chcesz powalczyć z Cloudem? - zapytał.
- Hmm, dobra. A gdzie tym razem pójdziemy strzelać i do czego?
- Zobaczysz. Zbieraj się szybko - mruknął, puszczając do mnie oczko. Gdy byłam gotowa, Vincent wyprowadził mnie ukrytym przejściem z ogrodu i powiódł do małej kotlinki, klucząc między zwalonymi głazami podążyliśmy nieznaną mi ścieżką na urwisko. Miałam strzelać do celu oddalonego ode mnie o jakieś czterysta metrów.
- I ja mam z takiej odległości strzelać? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Tak.
- Niby jak mam trafić, skoro celu nie widzę? - prychnęłam, patrząc na niego wyczekująco. On tylko wzruszył ramionami. 
- Przypatrz się dobrze, to tam - rzekł wskazując ręką mały punkcik po przeciwnej stronie i wystrzelił. Po chwili podał mi lornetkę. - I jak? - dodał z uśmiechem.
- Trafiłeś. Ale ja? - zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle to ma jakiś sens. Nie do końca wierzyłam, że mam jakąś specjalną moc i czy w ogóle coś potrafię. No może walka kataną idzie mi coraz lepiej, ale to. Machnęłam ręką zrezygnowana i wymierzyłam w tarczę.
- Skup się - zaszeptał mi do ucha. - Wiem, że potrafisz dostrzec najmniejszy szczegół z bardzo daleka. Po prostu zobacz ją i traf w środek - mówił tak cicho, że ledwo go słyszałam. Powiał lekki wiaterek, a ja wytężyłam wzrok. Postanowiłam spróbować i coś się stało. Dojrzałam tarczę i trzy czerwone okręgi. Strzeliłam.
- Wspaniale Neme. Będziemy tak robić za każdym razem - rzekł z zachwytem. Ucieszyłam się i ja. A już myślałam, że mi się nie uda, tak jak z materią. - A jak idzie ci z Genesisem?
- Kiepsko. Kulki co i raz nabijają mi siniaki - skrzywiłam się na samo wspomnienie sprzed kilku dni, kiedy ćwiczyłam z bratem. One wszędzie latały a kiedy próbowałam którąś uwolnić to ona leciała wprost na mnie i uderzała w brzuch, czy głowę. Wróciliśmy wieczorem. 
- Hej, jak poszło? - zapytał brat stojąc w wejściu do domu.
- Nieźle - mruknęłam.
- Wspaniale - poprawił mnie Vincent. - Trafiła w sam środek tarczy.
- To świetnie. Teraz pozostanie ci tylko opanowanie materii i doskonalenie swych umiejętności już nabytych - rzekł poklepując mnie po ramieniu. - Wchodźcie, mamy gościa - dodał. W salonie siedziała dziewczyna o czarnych włosach i ciemnych oczach. Gdy się pojawiliśmy, ona na widok Vincenta uśmiechnęła się promiennie i ruszyła by się z nim przywitać.
- Tifa!! - roześmiał się i mocno przytulił kobietę. - Co cię tu sprowadza?
- Shin-Ra wszędzie węszy. Genesis, najlepiej jak nie będziesz zjawiał się u Aeris. A ty, Vin, też uważaj na siebie.
- O Neme nic jeszcze nie wiedzą? - zapytał z powagą w głosie Gen.
- Jeszcze nie - odparła Tifa. - Przyszłam was ostrzec tylko. Cloud czeka na zewnątrz. Muszę już iść. Do zobaczenia - dodała i uściskała obu. Szybko wyszła i odjechała z blondynem na motorze. 
- Skąd ona wie jak tu dotrzeć? - spytałam lekko oburzona po chwili milczenia.
- Przyjechała z Streife, kiedy ty ćwiczyłaś z Vincem - wyjaśnił brat. - Nie podobają mi się te wiadomości. Nie wiem, czy będziesz mogła jechać do Aeris jak to wcześniej zaplanowaliśmy. - dodał. 
- Ale ja chcę! Skoro Shin-Ra nic o mnie nie wie, to mogę się tam zjawić. W razie czego, podam się za jej kuzynkę czy coś w tym stylu. O nic się nie martw - starałam się go przekonać. 
- No nie wiem - odparł nieprzekonany. 
- Genesis, tam dość często jest Cloud i inni. Nic mi się nie stanie - jaki on uparty się ostatnio zrobił, że zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno dobrze zrobiłam przeprowadzając się tu.
- Dobrze, zgoda. Ale nie możesz pakować się w kłopoty. Wystarczy jak uniknęłaś wtedy starcia z jednym ze srebrnowłosych - rzekł nazbyt poważnie. Następnego dnia przyjechał po mnie Cloud i zabrał mnie. Jechaliśmy inną trasą i ona wydał mi się krótsza od tej, którą jechałam z Genesisem. Na miejscu zjawiliśmy się w niecałą godzinę. Aeris już czekał w drzwi promiennie się uśmiechając.
- Nareszcie jesteś - westchnęła przytulając mnie. - Wiesz jak pusto się tu bez ciebie zrobiło? - stwierdziła zapraszając mnie do kuchni. - Może napijesz się czegoś? 
- Mi też ciebie zaczęło brakować. Ciągle te ćwiczenia i ćwiczenia, że powoli miałam dosyć i zastanawiałam się czy to wyjdzie mi na dobre - mruknęłam.
- Na pewno. Musisz tu umieć się obronić. Coraz niebezpieczniej się robi po zapadnięciu zmroku. Ludzie mówią, że srebrnowłosi wrócili i szukają kogoś. Shin-Ra wszystkiemu zaprzecza, ale oni nawet nie dbają o nasze bezpieczeństwo tak tak byśmy tego chcieli. Pod byle pretekstem kogoś zamykają i już - pokręciła głową jakby bała się swych myśli. - Neme, proszę. Jeśli chcesz tui zostać dłużej,będę się cieszyć. Nie bierz moich słów do serca. Może za bardzo to przeżywam - dodała a oznaki troski zamieniły się miejscami z pogodnym uśmiechem. Po poczęstunku, jakim mnie uraczyła, poszłyśmy na miasto, trochę pozwiedzać i kupić jakieś rzeczy dla mnie. Wróciłyśmy po południu. Postanowiłam pomóc jej w przygotowaniach obiadu, bowiem miała mieć gości. "Jak zwykle, czy tu na prawdę musi być taki ruch jak na targu?" - pomyślałam, krojąc warzywka na sałatkę. Ona zajęła się udkami kurczaka i sosem. Potem jeszcze przygotowywałyśmy deser, waniliowe ciasteczka nadziewana orzechową czekoladą i polane białą. Nie wiedziałam, że aż tylu tu będzie. Oprócz Tify i Clouda, zjawili się Yuffie, Cid, Barett i Red XIII. Wszyscy zebraliśmy się w salonie gdzie był już nakryty stół. Nagle rozległo się pukanie. Jak jeden mąż oderwaliśmy się od rozmów i posiłku zdziwieni hałasem.
- Pójdę sprawdzić kto to - rzekła Aeris i wyszła. Niedługo potem dobiegła nas rozmowa z dwoma męskimi głosami. Już wiedziałam kto przyszedł. Mimo ostrzeżeń i tak się zjawił. Koffany braciszek.
- Hej wszystkim - przywitał się Gen, a za nim pojawił się Vincent. - No to teraz jesteśmy w komplecie. Choć ja nie długo tu będę. - dodał i usiadł obok mnie. Aeris przyniosła jeszcze dwa talerze i przysiadła obok Clouda. Po pewnym czasie wyszłam do ogrodu. Nim się obejrzałam przysiadła się do mnie Yuffie. I tak jak tamtym razem, kiedy pierwszy raz się spotkałyśmy zaczęłyśmy rozmowę o materii. Jej propozycja nadal była aktualna, więc się zgodziłam bez dwóch zdań. Wkrótce miałyśmy wyruszyć po nią.
- Ale jak tam się dostaniemy? - zapytałam patrząc na mapę. - Grota Materii jest daleko stąd na drugim kontynencie.
- Nie martw się o to. Pomoże nam Cid - odparła unosząc jedną brew. - Obiecał mi to.


***
Ciąg dalszy nastąpi, wkrótce. Może ten rozdział jest nudny ale w kolejnym będzie się działo więcej. Postaram się nie robić tak długich przerw w pisaniu.

wtorek, 22 lutego 2011

Jeszcze raz PRZEPRASZAM

Wiem, że zawaliłam sprawę ale stanęłam w martwym punkcie i nie mogłam za żadne skarby skończyć piątego rozdziału. Teraz jednak kontynuuję pisanie go. Powoli ale zbliżam się do końca.
Niedługo ponownie blog ożyje Finalem.